Nie napiszę jeszcze o tym, co wymyśliłam w temacie realizacji długoczasowych. Nie zrobię tego jeszcze, ponieważ w pewien sposób nie czuję się na siłach, tzn. plan nie jest do końca opracowany.
Co do tematu posta odwlekanie było (chyba było, bo raczej dzięki pracy nad sobą już nie jest obecne w moim życiu :D ) jednym z moich największych problemów. Jedni nazywają to prokrastynacją, inni zwykłym lenistwem będąc przeciwni wymówkom.
Ja nie nazwałam tego w żaden sposób. Stwierdziłam, że szkoda tracić czas na wymyślanie imion, lepiej od razu wziąć się do roboty ;) Nie przyszło to jednak od razu. Najpierw było w zasadzie dosyć fajnie, leżę, nic nie robię, słodko się obijam. Dopiero potem przyszła chwila refleksji (chyba po raz kolejny mój perfekcjonizm dał o sobie znać). Nie były to refleksje typu: jak mogę tak marnować swoje życie?! Raczej jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że spełnianie moich planów oraz ciągły rozwój dają mi największe uczucie spełnienia i szczęścia. Skutecznie jednak blokowało mi to odwlekanie. Odwlekałam absolutnie wszystko, co się dało. A potem przychodził wielki ból i pytania: dlaczego nie zrobiłam tego, czego powinnam? Następnie znów pogrążałam się w rozpaczy i znów nie robiłam absolutnie nic. No ale w związku z tym, że się opanowałam i robię to nadal znalazłam parę "swoich" sposobów. Swoich, nie swoich, gdzieś tam podczytanych, pewnie nic nowatorskiego. Jednak cieszę się, że je zastosowałałam, bo w sumie to też mogłam odłożyć na później... Pierwszą rzeczą, którą robiłam było wzięcie kartki i raportowanie na niej swoich czynności. "Raportowanie" co pół godziny wszytskich swoich prac albo wręcz przeciwnie. Dla tych którzy siedzą w domu momentem początkowym może być poranna pobudka. Dla mnie był to moment powrotu do domu po zajęciach. Powiem Wam, że czytając to wylałam na siebie kubeł zimnej wody widząc ile czasu trwonie na głupoty. A chociaż żeby głupoty... To było wykłe NICNIEROBIENIE. Wylałam i wylewam zawsze wtedy gdy widzę, że za bardzo sobie odpuszczam.
Drugim moim sposobem jest ścisła praca z kalendarzem. Codziennie wpisuję do niego wszystko to, co chcę zrobić. I wierzcie lub nie coś mi się wieczorem dzieje, jeśli nie wykonam wszystkiego. Fajne uczucie, a jeszcze fajniejszym jest chwila kiedy wykreślam kolejne pozycje. Dwa dni temu kupiłam nowy kalendarz, bo w tym dotychczasowym okazało się, że jest za mało miejsca na same zadania, nie mówiąc już o innych rzeczach. Pewnie śmiesznie wyglądało kupowanie kalendarza na rok w czwartym jego kwartale, ale co tam :) Aktualnie stała się fanką list i ustalania konkretnych dat realizacji tego, co się na nich znajduje.
Nie wszystko jest kolorowe, cały czas muszę nad sobą pracować, pilnować się bo wróg nie śpi. Wiem jednak, że jestem na dobrej drodze.
Do nastepnego!!!
Ps. Zapomniałabym. Uznałam, że jeśli już zdecydowałam się na stworzenie swojego miejsca w sieci to będę w pewien sposób personalizować swojego bloga. Nie będę tu mydlić oczu, że rozwój osobisty jest jedyną rzeczą, którą się zajmuję. Jednak nie bójcie się, nie będę całkowicie puszczała wodzy fantazji :)
sobota, 1 września 2012
niedziela, 26 sierpnia 2012
Wróg nieoficjalnie pokonany
1. Trochę minęło od ostatniego posta. Jednak są postepy. Przyznam, że dosć długo trzymałam się planu. Ostanie połtora tygodnia nie wyglądało zbyt ciekawie. Powtórka z rozrywki... Dzisiaj poniedziałek i pokuszę się o stwierdzenie, że chcę aby wróciło wszystko do normy. A normą jest dla mnie postanowienie. Czyli: sprawdzam pocztę codziennie, w notesie zaś zapisuję to, co chcę sprawdzić w sobotę. Przyznam, że wypadałoby wrócić do "normalności" zwłaszcza, że powrót na zajęcia za pasem. Nie chciałabym, aby powtórzył się scenariusz z zeszłego roku. Najważniejsze jednak, że wiem jak pokonać wroga. I nawet wtedy, kiedy mój designerski laptop lub iPhone szepczą: "weź mnie, weź. Chociaż na 10 minut" to nie ulegam pokusom ;). Wtedy najczęściej do ręki biorę książkę.
2. I mała zmiana tematu. W związku z rozwojem osobistym mam wielki plan do zrealizowania w ciągu kolejnych 8 miesięcy. Napiszę jednak o tym w następnym poście :)
Na razie w związku z pierwszym i drugim punktem nucę sobie krótką, ale jakże pozytywną piosenkę, którą kiedyś, gdzieś, w przelocie usłyszałam: http://www.youtube.com/watch?v=OSpH-Zix2No :)
Wiem, że mogę wiele :D
2. I mała zmiana tematu. W związku z rozwojem osobistym mam wielki plan do zrealizowania w ciągu kolejnych 8 miesięcy. Napiszę jednak o tym w następnym poście :)
Na razie w związku z pierwszym i drugim punktem nucę sobie krótką, ale jakże pozytywną piosenkę, którą kiedyś, gdzieś, w przelocie usłyszałam: http://www.youtube.com/watch?v=OSpH-Zix2No :)
Wiem, że mogę wiele :D
sobota, 4 sierpnia 2012
Sprawozdanie z postanowienia
Wszystko kształtuje się nastepująco. Od poniedziałku do środy trzymałam się całkiem nieźle, tzn. nie surfowałam bezmyślnie po sieci, jednak nieco czytałam trochę stron przeznaczonych rozwojowi osobistemu. Odwiedziłam też parę stron poświęconych idei minimalizmu, ponieważ przyznam, że bardzo mnie ten temat ciekawi. Co nastąpiło w środę wieczorem, w czwartek i wczoraj poraz kolejny przyprawiło mnie o ból głowy. I sama jestem sobie winna. Czyli powtórka z rozrywki. Dzisiaj ban, jutro ban i ban na każdy inny dzień. Będę próbować dopóty, dopóki nie osiągnę swojego celu. A najfajniejsze jest to, że zdałam sobie sprawę i byłam przerażona. Pomogła mi w tym prosta matematyka: 1 godzina dziennie, przez 365 dni w roku daje prawie 16 (słownie szesnaście) pełnych dni. Dla większego szoku można też podzielić te 365 godzin przez 16-17(tyle zazwyczaj zostaje mi doby odejmując sen) i wtedy wychodzi 23 dni! 23 dni to prawie połowa wakacji, porządny urlop, 2 przerwy świąteczne, to 3 tygodnie życia. A ja nie chcę go marnować. Nie mogę się poddać. To nie w moim stylu. W końcu chcę żyć świadomie, a nie tylko "prześlizgnąć" się przez nie.
Ps. Zakładając, że przy komputerze spędzamy tylko 1 godzinę dziennie...
Pozdrawiam
Ps. Zakładając, że przy komputerze spędzamy tylko 1 godzinę dziennie...
Pozdrawiam
poniedziałek, 30 lipca 2012
Postanowienie-przetrwać-porażka
Porażka-w związku z moim postanaowieniem z przed tygodnia. To już chyba nałóg;)
Dzisiaj poniedziałek, zaczynam od nowa. Nie poddam się-nie ja. Proszę mocno trzymać kciuki:)
Dzisiaj poniedziałek, zaczynam od nowa. Nie poddam się-nie ja. Proszę mocno trzymać kciuki:)
czwartek, 26 lipca 2012
O innych ludziach
Kiedyś, dawno temu przeczytałam myśl, że warto otaczać się tymi ludźmi, którzy nas inspirują. Tak, to bardzo trafne i mądre stwierdzenie, szczególnie dla osoby, która chce coś osiągnąć. Co do jego trafności nie mam żadnych obiekcji. Ale jest też druga strona medalu. Czasami w pracy czy w domu jesteśmy zmuszeni do obcowania z takimi. Ja jeszcze nie pracuję zatem ten punkt mogę skreślić. Jeśli chodzi o dom, mam to szczęście, że jednym z czynników, które mnie własnie motywują są najbliższe mi osoby. Za co również jestem im bardzo wdzięczna. Wszystko kolorowo ale! wciąz się kształcę i to właśnie na tym polu spotykam osoby, które pozbawiaja mnie resztek mojej życiowej energii. I jestem zmuszona przebywać z nimi nawet przez 9 godzin dziennie. I tu nie chodzi o to, że chcę nawiązywac z nimi kontakty. Próbowałam, w ogóle wychodzę z założenia, że nigdy nie można byc nastawionym negatywnie. W tym przypadku wyobrażenie tych ludzi o otaczającym ich świecie, niezaradność życiowa i stosunek do innych jest dla mnie na tyle rażący, że niestety nie do przyjęcia.
Lat mam ile mam, a jeszcze do końca nie wyrobiłam w sobie umiejętności podchodzenia do tego ze zdrowym dystansem.
Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że nie należy na siłę nawiązywać relacji czy zmieniać własne poglądy. Najzwyczajniej w świecie trzeba zmniejszyć do absolutnej konieczności czas spędzany razem i po opuszczeniu takiego miejsca np. po południu już do tego nie wracać. I przede wszystkim powrócić do mysli, że warto otaczać sie tym, którzy nas inspirują, ale też starać się dawać tą inspirację innym.
Lat mam ile mam, a jeszcze do końca nie wyrobiłam w sobie umiejętności podchodzenia do tego ze zdrowym dystansem.
Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że nie należy na siłę nawiązywać relacji czy zmieniać własne poglądy. Najzwyczajniej w świecie trzeba zmniejszyć do absolutnej konieczności czas spędzany razem i po opuszczeniu takiego miejsca np. po południu już do tego nie wracać. I przede wszystkim powrócić do mysli, że warto otaczać sie tym, którzy nas inspirują, ale też starać się dawać tą inspirację innym.
poniedziałek, 23 lipca 2012
Małe postanowienie i trochę o minimalizmie...
Dzisiaj poniedziałek i w związku z ulepszaniem swojego życia wymyśliłam, że do końca tygodnia nie będę korzystać z komputera. Oczywiście wyjątek stanowi poranne sprawdzanie poczty, gdyż jestem zobligowana do utrzymywania tego rodzaju kontaktu. Jest to moja jedyna forma korzystania z komputera, do niedzieli nie będę go używać w celach czysto rozrywkowych. A są nimi: blogi, aukcje, ulubione fora. Skąd ten pomysł? Dlatego, że zdałam sobie sprawę jak wiele czasu marnuję przed nim. Straciłam nad tym kontrolę. Było to tak, że włączałam go aby sprawdzić rzeczywiście coś istotnego, a potem kolejna strona i kolejna. Każda coraz bardziej błaha.
Postanowienie to ma związek z ideą minimalizmu. Interesuję się tym tematem od dokładnie roku. Nie, nie nazwę siebie minimalistką, ale cała idea tego ruchu jest mi bardzo bliska. Wg mnie minimalizm dąży do tego aby uświadomić sobie co jest w życiu najważniejsze. Polega też na eliminacji czynników które rozpraszają, umiejętności odnalezienia się w świecie, w którym z każdej strony jesteśmy czymś atakowani. Zaznaczam, że jest to tylko i wyłącznie moje, subietywne spojrzenie na ten temat. Będe do niego powracać bo jak już wspomniałam obok samorealizacji jest mi bliski.
Nie zamierzam wyeliminować komputera ze swojego życia całkowicie. Przecież z założenia ma on ułatwiać życie ludziom. Jednak u mnie przybrało to trochę inny (zły) wymiar. Po prostu w którymś momencie wyglądało to tak, że wracałam po zwykłym dniu do domu i już w drodze powrotnej myślałam, aby jak najszybciej położyć się do łóżka z laptopem na kolanach. Z założeniem oczywiście, że tylko na czas około półgodzinnego odpoczynku. Co było dalej sami wiecie. Po powrocie jestem tak zmęczona, że czytanie jakiejś ambitnej, wymagającej dużego skupienia książki nie wchodzi w grę. Jestem również zmęczona fizycznie i rozpoczęcie jakiejkolwiek pracy domowej też graniczy z cudem. Ostanio stwierdziłam, że lepsze będzie po prostu zwykłe leżenie niż oddawanie się w ręce nałogu. W związku z minimalizacją zamierzam utworzyć własną listę stron, które będę odwiedzać raz w tygodniu. Rzeczy, które wymagają sprawdzenia spoza tej listy będę zapisywać w kalendarzu aby nic nie umknęło mojej uwadze. Wszystko to będę sprawdzać raz w tygodniu-w weekend. Na fajny pomysł natrafiłam też czytając bloga Oresta Tabaki, który polega na korzystaniu z sieci w momentach, w których i tak czas ten tracimy np. stojąc w kolejce. Pomyślę:)
Minimalizmem zaczęłąm się też interesować dlatego, że bardzo chciałam odciąć się od wrzasku i zgiełku, który na codzień mnie otacza. Od bladego świtu włączałam radio, aby oprzytomnieć i dobudzić się po wstaniu z łóżka. Kakofonia, bliżej nieokreślone mi gatunki muzyczne, masa reklam, nic tylko kupować. Taki sam mętlik w głowie. A przecież można polożyć się spać dbając o jakość tego snu, następnie wstać jak człowiek i do wyjścia szykować się przy dźwięku spokojnej muzyki. A jeśli nie spokojnej to chociaż tej ulubionej. Następnie otacza mnie zgiełk i hałas, który generuje miasto. Po powrocie moim jedynym marzeniem jest cisza i dobre samopoczucie, aby jeszcze jakoś wykorzytać ten dzień. A z tym jak wiecie z poprzednich postów bywało różnie...
Minimalizm daje też większe poczucie harmonii i kontroli. Bo niestety tak, jestem perfekcjonistką, a to czasem potrafi zatruć życie. Póki co trzymajcie kciuki abym wytrwała w swoim postanowieniu:)
Podobno aby coś wprowadzić w życie wystarczy 30 dni :) Pozdrawiam
Postanowienie to ma związek z ideą minimalizmu. Interesuję się tym tematem od dokładnie roku. Nie, nie nazwę siebie minimalistką, ale cała idea tego ruchu jest mi bardzo bliska. Wg mnie minimalizm dąży do tego aby uświadomić sobie co jest w życiu najważniejsze. Polega też na eliminacji czynników które rozpraszają, umiejętności odnalezienia się w świecie, w którym z każdej strony jesteśmy czymś atakowani. Zaznaczam, że jest to tylko i wyłącznie moje, subietywne spojrzenie na ten temat. Będe do niego powracać bo jak już wspomniałam obok samorealizacji jest mi bliski.
Nie zamierzam wyeliminować komputera ze swojego życia całkowicie. Przecież z założenia ma on ułatwiać życie ludziom. Jednak u mnie przybrało to trochę inny (zły) wymiar. Po prostu w którymś momencie wyglądało to tak, że wracałam po zwykłym dniu do domu i już w drodze powrotnej myślałam, aby jak najszybciej położyć się do łóżka z laptopem na kolanach. Z założeniem oczywiście, że tylko na czas około półgodzinnego odpoczynku. Co było dalej sami wiecie. Po powrocie jestem tak zmęczona, że czytanie jakiejś ambitnej, wymagającej dużego skupienia książki nie wchodzi w grę. Jestem również zmęczona fizycznie i rozpoczęcie jakiejkolwiek pracy domowej też graniczy z cudem. Ostanio stwierdziłam, że lepsze będzie po prostu zwykłe leżenie niż oddawanie się w ręce nałogu. W związku z minimalizacją zamierzam utworzyć własną listę stron, które będę odwiedzać raz w tygodniu. Rzeczy, które wymagają sprawdzenia spoza tej listy będę zapisywać w kalendarzu aby nic nie umknęło mojej uwadze. Wszystko to będę sprawdzać raz w tygodniu-w weekend. Na fajny pomysł natrafiłam też czytając bloga Oresta Tabaki, który polega na korzystaniu z sieci w momentach, w których i tak czas ten tracimy np. stojąc w kolejce. Pomyślę:)
Minimalizmem zaczęłąm się też interesować dlatego, że bardzo chciałam odciąć się od wrzasku i zgiełku, który na codzień mnie otacza. Od bladego świtu włączałam radio, aby oprzytomnieć i dobudzić się po wstaniu z łóżka. Kakofonia, bliżej nieokreślone mi gatunki muzyczne, masa reklam, nic tylko kupować. Taki sam mętlik w głowie. A przecież można polożyć się spać dbając o jakość tego snu, następnie wstać jak człowiek i do wyjścia szykować się przy dźwięku spokojnej muzyki. A jeśli nie spokojnej to chociaż tej ulubionej. Następnie otacza mnie zgiełk i hałas, który generuje miasto. Po powrocie moim jedynym marzeniem jest cisza i dobre samopoczucie, aby jeszcze jakoś wykorzytać ten dzień. A z tym jak wiecie z poprzednich postów bywało różnie...
Minimalizm daje też większe poczucie harmonii i kontroli. Bo niestety tak, jestem perfekcjonistką, a to czasem potrafi zatruć życie. Póki co trzymajcie kciuki abym wytrwała w swoim postanowieniu:)
Podobno aby coś wprowadzić w życie wystarczy 30 dni :) Pozdrawiam
sobota, 21 lipca 2012
Żyję, żyję :)
Witajcie,
mam nadzieję, że ktoś tu chociaż zagląda od czasu do czasu. Zatem do Iwony i innych
osób: żyję :), ale niespodziewanie wyjechałam na prawie trzy miesiące. Do aktywnego blogowania zamierzam wrócić około połowy września czyli po powrocie. Chciałam jednak zaznaczyć, że nie próżnuję i każdą wolną chcilę poświęcam realizacji swoich celów.
Z racji wyjazdu mam jednak bardzo ogroniczony dostęp do Internetu, dlatego proszę o wyrozumiałość. Do następnego:)
mam nadzieję, że ktoś tu chociaż zagląda od czasu do czasu. Zatem do Iwony i innych
osób: żyję :), ale niespodziewanie wyjechałam na prawie trzy miesiące. Do aktywnego blogowania zamierzam wrócić około połowy września czyli po powrocie. Chciałam jednak zaznaczyć, że nie próżnuję i każdą wolną chcilę poświęcam realizacji swoich celów.
Z racji wyjazdu mam jednak bardzo ogroniczony dostęp do Internetu, dlatego proszę o wyrozumiałość. Do następnego:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)